Żegnaj,  przyjacielu

 

Bratnia dusza odchodzi do lamusa

 

Nasze kontakty są zdominowane przez interesy i sprawy do załatwienia, a coraz mniej przez ludzką sympatię. Coraz trudniej o przyjaciół, coraz mniej ich cenimy.

 

Polakom nawet przyjaźń przecieka między palcami – tak w 1946 r. Jerzy Andrzejewski pisał do Jarosława Iwaszkiewicza. 60 lat później słowa te są nadal aktualne. Ci, którym ufaliśmy, okazują się wilkami w owczej skórze. Oto dramatyczny apel Zyty Gilowskiej do dawno niewidzianej przyjaciółki: „Urszula, weź coś powiedz. Twój mąż wmanewrował mnie w gigantyczną historię”. Jednak Urszula nigdy się nie odezwała w sposób dla pani minister satysfakcjonujący. Osoba, której zwierzała się Edyta Górniak, okazała się wysłannikiem brukowców, zaś prof. Zbigniew Religa o zaufanych współpracownikach mówi w czasie przeszłym, bo wszyscy go zawiedli. Ale przyznaje też, że w relacjach z ludźmi jest bardzo wymagający i nikt temu nie sprosta. Ewie Bem słowo przyjaźń nic nie mówi, bo nie ma czasu na celebrowanie takich związków.

 

Nic ważnego

 

Przyjaźń straciła na znaczeniu. Zachwyciliśmy się nią na początku lat 90., kiedy Polacy deklarowali, że mają aż ośmiu prawdziwych przyjaciół, choć zdaniem Joanny Heidtman z Instytutu Socjologii UJ, dwie, trzy osoby to maksimum bliskości i szczerości, na jaką stać człowieka. Pod koniec tamtej dekady deklarowaliśmy posiadanie już „tylko” pięciu przyjaciół i podwoiła się liczba osób, które nie miały nikogo od serca. Jednak zdumiewające okazały się dopiero wyniki ostatnich badań, przeprowadzonych w 2006 r. przez CBOS. Na pytanie, co jest w życiu najważniejsze, tylko dwa procent respondentów odpowiedziało, że przyjaźń. Związek ten znalazł się na 11. miejscu, a to oznacza, że tylko dwóch na stu ankietowanych docenia jego wartość. Palmę pierwszeństwa oddała rodzina. Zjechała na trzecie miejsce, ustępując zdrowiu i pieniądzom. Przyjaźń jako bezcenna wartość lokuje się wysoko tylko wtedy, gdy łączona jest z miłością. Dwa lata temu przyjaźń i miłość (oceniane na równi) za bardzo ważne w życiu osobistym uznało 65 proc. Polaków. Jednak generalnie serdeczne więzy międzyludzkie nie są w cenie. Wyżej niż przeciętnie ich wartość oceniają tylko ludzie młodzi, bo nie mają rodzin i mogą skupić się na kontaktach z obcymi. Jednak co trzeci nastolatek twierdzi, że ma poczucie samotności. Nie wiadomo, ile jest w tym wrażliwości dojrzewania, a ile autentycznej pustki. Z kolei tylko siedem procent osób dorosłych twierdzi, że ma oparcie w serdecznym sąsiedzie.

 

Większą skłonność do przyjaźni mają też osoby lepiej wykształcone, mieszkańcy dużych miast, inteligencja i kadra kierownicza, częściej kobiety niż mężczyźni. Najmniej zainteresowani nią są robotnicy, wdowcy i mieszkańcy małych miejscowości.

 

Odwrót od przyjaźni to zjawisko światowe. W ciągu ostatnich 20 lat dramatycznie zmniejszył się krąg przyjaciół przeciętnego Amerykanina, a liczba osób, które twierdzą, że nie mają z kim rozmawiać, wzrosła dwukrotnie. Badania przeprowadzili socjologowie z Duke University of Arizona, którzy tłumaczą, że niegdyś więcej kontaktów społecznych tworzyło się dzięki klubom, sąsiadom i organizacjom. Teraz to się zmieniło, a konsekwencją jest mniejsza aktywność społeczna i polityczna. Liczba osób, z którymi Amerykanin może poważnie porozmawiać, spadła z trzech do dwóch. Aż 25 proc. respondentów w ogóle nie miało z kim pogadać. W Polsce odsetek ten jest jeszcze mniejszy i wynosi 16 proc.

 

Dominacja interesów

 

Naukowcy przypuszczają, że zmiany mogą być związane z coraz dłuższym pobytem w pracy i wpływem internetu. Również Polakom dokucza samotność. Dwie trzecie uważa, że po roku 1989 mamy dla siebie drastycznie mniej czasu. Nasze kontakty są zdominowane przez interesy i sprawy do załatwienia, a coraz mniej przez ludzką sympatię. Zdaniem prof. Tadeusza Sławka z Uniwersytetu Śląskiego, słowo przyjaźń podzieliło los innych, które zmieniły swoje znaczenie. Tak naprawdę jest to dziś „relacja transakcyjna”. Szczególne zażenowanie przy wymawianiu tego słowa odczuwa młode pokolenie. Papużki nierozłączki, młode aktorki Anna Przybylska i Katarzyna Bujakiewicz zapewniają, że „przyjaciółka brzmi zbyt pompatycznie”, a ich wzajemne stosunki o wiele lepiej oddaje słowo „frendziara”.

 

Światem czystej przyjaźni, według socjologów, był PRL. – Obcy ludzie, do których mogliśmy mieć wtedy zaufanie, stanowili sieć wsparcia, bardzo istotną i skuteczną w praktyce grupę samopomocy. Rywalizacja była dość mocno ograniczona, więc więcej w nas było życzliwości – wylicza Joanna Heidtman. Prof. Tadeusz Sławek przypomina szczególny rozwój przyjaźni w stanie wojennym, kiedy godzina milicyjna i inwigilacja sprzyjały wielogodzinnym debatom w kręgu zaufanych. Jednak, jak uważa prof. Sławka, wizja polskiej przyjaźni jest pesymistyczna. Zniszczyli ją zaborcy, którzy represjami doprowadzili do sytuacji, że jak w bajce Krasickiego: „Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. Ta zła tendencja mocno pogłębiła się po 1989 r.

 

– Dziś w znajomościach liczą się doraźne treści. Nie szukamy bratniej duszy, ale właściwej osoby, która pomoże nam w karierze. Brak czasu i wyścig szczurów powodują, że relacje międzyludzkie traktujemy instrumentalnie. Z kimś wypada się pokazać, a z kimś nie – mówi Joanna Heidtman. Prof. Janusz Czapiński z Katedry Psychologii Społecznej UW nazywa to więzią zadaniową, a więc sytuacją, gdy kontaktujemy się ze znajomymi tylko wtedy, gdy są nam do czegoś potrzebni. Zdaniem socjologa, dr. Jacka Kurzępy z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Zielonogórskiego, miejsce przyjaciół zajęli fachowcy (np. psychoterapeuci), którym płacimy i wymagamy, by wyciągnęli nas z problemów. Spotkania towarzyskie mają być lekkie i powierzchowne, stąd np. moda na grillowanie, podczas którego więcej jest zabawy niż rozmowy. Szczególnie podatni na instrumentalne traktowanie przyjaźni są single. – Z jednym znajomym chodzimy na piwo, z drugim do opery. Każda figura jest niezbędna – mówi dr Jacek Kurzępa.

 

I wszystko jest w porządku dopóki coś się w życiu nie posypie. Wtedy okazuje się, że nie ma nikogo, kto mógłby nas wesprzeć.

 

Hamulec sukcesu

 

Przyjaźń w pracy to fikcja. Do naszego życia wkracza „kultura korporacyjna”, która posługuje się językiem przyjaźni, czego przykładem jest powszechne zwracanie się do siebie na „ty”. Jednak to zbratanie jest tylko narzędziem socjotechnicznym, służącym szefom, by skutecznie manipulować podwładnymi.

 

Badania naukowe potwierdzają, że przyjaźń w pracy to hamulec. – Osoby pozostające w serdecznych relacjach mają mniejsze szanse na konstruktywną i zaangażowaną pracę – twierdzi prof. Brooke Harrington z Brown University. Według niego prawdopodobieństwo sukcesu zwiększają kontakty oparte wyłącznie na szacunku, a także różnicy zdań. Rodzinne interesy i zatrudnianie przyjaciół są bez sensu, bo bliskie osoby mają podobny do nas sposób myślenia i podobne doświadczenia, a także korzystają z tych samych źródeł informacji. Lepiej zatrudniać osoby, z którymi będziemy twórczo się spierać i które wiedzę czerpią z nieznanych nam źródeł. W najgorszej sytuacji zawodowej są wybitne talenty. Zdaniem autorów „Psychologii społecznej” tacy ludzie powinni unikać przyjaciół, bo mogą oni pozbawić ich indywidualności. Za to wszyscy powinniśmy unikać toksycznej przyjaźni, spotykanej także w pracy, gdy druga osoba traktuje cię jak akumulator, którym się doładowuje. Wszystkiego ci zazdrości, oplata cię jak bluszcz, narzuca swoje zdanie i ciągle coś pożycza. Nie sprawdza się również przyjaźń zbudowana na sztucznym związku. Koledzy z wojska po opuszczeniu koszar idą każdy w swoją stronę. Szukamy nowych form związków międzyludzkich. Powinna to być zorganizowana grupa, przynosząca konkretne zyski. Jeden z ostatnich takich pomysłów to Inicjatywa Wars założona przez młodych, dojeżdżających z Trójmiasta do pracy w Warszawie. Zachwalając swoją lożę (tak określają grupę), podkreślają, że od razu wiadomo, z kim ma się do czynienia. Uczestnicy przynoszą swoje projekty i dlatego Inicjatywa przekształciła się w biuro pracy. Zajmuje się tym, co jest dla młodych najważniejsze.

 

Ucieczka w rodzinę

 

Pozbawieni prawdziwej przyjaźni Polacy uciekają w życie rodzinne. Coraz częstsze jest zjawisko określane przez socjologów jako „egoizm we dwoje”, czyli budowanie życia na podziale „my i reszta świata”. Dla najbliższej osoby jestem altruistą, dla innych egoistą. Zdaniem Joanny Heidtman to młodzi ludzie chętnie łączą „dwa w jednym” i twierdzą, że „żona jest najlepszym kumplem”. Również zadeklarowani samotnicy tylko w najbliższych widzą opokę. Zbigniew Religa twierdzi, że jedynie żona go rozumie. Ewa Bem cieszy się, że córka dorasta, bo będzie miała przyjaciółkę w domu. Również mieszkańcy USA najbardziej zaufanych osób najchętniej szukają właśnie wśród rodziny, a nie znajomych.

 

Trudno mówić o czymś, czego nie ma. Przyjaźń w życiu gwiazd i gwiazdeczek przypomina kolorową wydmuszkę. Wypada o niej mówić, ale poza ozdobnikami niewiele jest treści. Małgorzata Kożuchowska obwieszcza, że z przyjaciółką Agatą Kuleszą pokłóciła się raz, o to która ma poczekać na hydraulika. Tomasz Kamel „wpada z przyjacielem w rezonans”, a Hanna Śleszyńska i Piotr Gąsowski po rozwodzie zostali przyjaciółmi tylko ze względu na dzieci. Na tym tle całkiem nieźle wypadają artystki zachodnie. Gwyneth Paltrow i Madonna pokłóciły się przynajmniej nie o hydraulika, a o skłonność piosenkarki do kabały. Sadie Frost pomogła Kate Moss znaleźć ośrodek odwykowy, gdy ta nie mogła poradzić sobie z narkotykami.

 

Piękna tylko w podziemiu

 

– W exposé premiera Jarosława Kaczyńskiego ani razu nie padło słowo przyjaźń – mówi prof. Sławek i dodaje, że wcale nie jest tym zdziwiony, bo w polityce odwołanie do takich relacji rzadko występuje. W koalicji panują co najwyżej przyjacielskie stosunki, a gdy wszystko zaczyna się walić, przywoływana jest szorstka przyjaźń Millera i Kwaśniewskiego. Funkcjonuje też wyśmiana przyjaźń braterska. Zyta Gilowska, która nie może się pochwalić szczęściem do koleżanek z młodości, nie ma też złudzeń co do relacji między posłami. W jednym z wywiadów stwierdziła, że „przyjaźń polityczna ma tyle wspólnego z przyjaźnią, co centralizm demokratyczny z demokracją”.

 

Zyta i Donald

 

Gilowska tłumaczy, że od początku swojej przygody parlamentarnej na ty przeszła tylko z jednym posłem spoza PO, którego nazwiska nawet nie chce ujawnić. Pomimo tych zapewnień, Zyta Gilowska spróbowała przyjaźni politycznej. W 1993 r. Donald Tusk zaproponował jej kandydowanie do Sejmu. KLD przepadło, ale przyjaźń została. Na oczach telewidzów politycy wykonywali ładne gesty. Zyta mówiła „Donald, bracie”, a on emocjonalnie bronił jej przed politycznym konkurentem, Jerzym Hausnerem, który kpiąco stwierdzał: „Załóżmy choć przez chwilę, że jest pani poważna”. Inni posłowie podkreślają, że zostawianie w sejmowej szatni sympatii i animozji jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Dzięki temu z należnym szacunkiem zwracają się do wicepremiera Leppera.

 

Jeżeli politycy w jakikolwiek sposób odwołują się do przyjaźni, to ma ona korzenie w działalności opozycyjnej. Lech Wałęsa, wspominając Jacka Kuronia, mówi, że „to było więcej niż przyjaźń, nie było żadnych różnic, tylko solidarność. Dzieliliśmy się ostatnim kawałkiem chleba i obowiązywała zasada – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

 

Z kolei marszałek Sejmu Marek Jurek, dzięki wspomnieniom z podziemia, potrafi wybaczyć Stefanowi Niesiołowskiemu, który atakuje koalicję. Marek Jurek tłumaczy przewrotnie, że przyjaźń nie polega na dzieleniu stanowisk, bo gdyby tak było, wicemarszałkiem zostałby Stefan Niesiołowski, a nie Andrzej Lepper.

 

Zdrowia doda

 

Za to przyjaźń popiera medycyna. Australijscy 70-latkowie, którzy utrzymywali regularne kontakty (choćby telefoniczne) z kilkoma osobami, żyli dłużej niż samotnicy. Badania prowadzone na duńskim uniwersytecie w Aarhus wykazały, że przyjaźń zmniejsza ryzyko zawału serca nawet o 50 proc. Dlaczego? Osoby żyjące w izolacji o wiele częściej sięgają po alkohol, nie radzą sobie ze stresem, który łatwo rozładować w rozmowie, a poza tym nie ma koło nich kogoś, kto powie „ledwo chodzisz, idź do lekarza”.

 

Również w polskich badaniach socjologicznych (Diagnoza społeczna 2000) przyjaźń kojarzona jest z kopniakiem energetycznym. – Posiadanie przyjaciół można traktować jako wskaźnik wsparcia społecznego. Szczególnie ważna jest liczba. Im ich więcej, tym lepiej. To oni odwodzą nas od myśli samobójczych i podtrzymują chęć do życia – mówi prof. Janusz Czapiński, współautor raportu. Wszystkie te analizy dotyczyły osób dorosłych, ale badania prowadzone przez Laurie Kramer z University of Illinois wykazały, że bezcenne są już dziecięce relacje. – Dzieci, które doświadczały satysfakcjonującej przyjaźni przed narodzeniem rodzeństwa, mają potem lepszy kontakt z młodszym bratem lub siostrą – twierdzi prof. Kramer. Udane przyjaźnie z dzieciństwa pomagają nam wejść w życie społeczne. Bywają cenniejsze niż dobre relacje z rodzicami. Oni muszą zgadywać, czego dziecko potrzebuje, rówieśnicy nie mają z tym problemu. Poza tym osoby od dzieciństwa towarzyskie mają udane małżeństwa i o wiele wyższą samoocenę.

 

Ale pomimo tych argumentów, coraz mniej jest ludzkiej serdeczności. Czy jesteśmy skazani na życie bez przyjaźni? – Nie, ona nie zaniknie – uspokaja prof. Janusz Czapiński. – Stanowczo nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że nowoczesne gadżety elektroniczne osłabiają więzi i zniechęcają do żywych kontaktów. Jest w nas gotowość do przyjaźni. – Dobre, spełnione życie opiera się na przyjaźni – dodaje prof. Sławek. Polakom potrzebne jest poczucie wspólnoty, a więc budowanie społeczeństwa, które łączy zaufanie, gotowość pomocy i wsparcia. Dopiero wtedy przyjaźń będzie ważna dla więcej niż dwóch na stu Polaków.

 

Iwona Konarska

28.07.2006

 

 

copyright © 2000    redakcjapolska.dk