Moja wojna polsko-jaruzelska

 

Praktycznym skutkiem stanu wojennego była emigracja najlepiej wykształconych i najenergiczniejszych działaczy – jak również większości ambitnych młodych ludzi. A więc właśnie tych, których bały się władze. Skutki były widoczne w 1989 roku i będą trwać jeszcze długo.

 

Jest 12 grudnia 1981 roku , godzina 22:00. Przygotowujemy hasła na wielką demonstrację pod Politechniką, którą planujemy 17 grudnia. Poczucie, że coś się musi przełamać – nie możemy dłużej tolerować chowania w wojskowych magazynach całej żywności. Nawet śliski jak węgorz Wałęsa przyznał w końcu, że same pytania i skargi już nie wystarczą.

 

Dzwonek. Cywilni panowie chcą coś wyjaśnić na komendzie; to nie potrwa długo, potem mnie odwiozą do domu. Korytarz w Pałacu Mostowskim. Urzędnicy w garniturach – i z kałałasznikowami. Tak szybko mnie jednak nie odwiozą. Dowiaduję się, że stanowię zagrożenie dla ładu państwowego.

 

„Stan wojenny”... „Internowanie”... Co to do cholery znaczy? Czy jestem oficerem wrogiej armii, którego wzięli do niewoli? Areszt. Jakiś chłopak. Jest matematykiem. Wziął szczoteczkę i Biblię. Nie mamy nastroju do rozmowy, więc zagłębia się w lekturze.

 

Drzwi się otwierają, wnoszą na noszach Tadeusza Diema – alpinistę, który głośno wyrzeka na kontuzję. „Mogłem łatwo uciec przez balkon, to tylko trzecie piętro...”. 16 lat później spotkamy się w MON – będzie wtedy wiceministrem.

 

 

Białołęka

 

Ląduję w Białołęce. Zomowcy z psami, w pozie esesmanów. Pielęgniarka pytająca czemu chcieliśmy wymordować rodziny wszystkich partyjnych. Ktoś z sąsiedniej celi odpowiedział jej, że z głodu. Ale pamiętam też głos Urbana w szczekaczce zapewniający na konferencji prasowej, że cele są otwarte; stukot zamykanych drzwi rano podczas głodówki, gdy jedna cela po drugiej odmawiała przyjęcia śniadania; łojówki wykonane własnym przemysłem, świecące się zza wszystkich krat, gdy dowiedzieliśmy się o „Wujku”. „Boże, coś Polskę...” na korytarzu w czasie Pasterki; zawiany komendant, który niezbyt pewnie wszedł do naszej celi, by podziękować Michnikowi za ocalenie gliniarzy w Otwocku; oszołomienie i poplątane uczucia, gdy usłyszałem z sąsiedniego baraku mocne męskie głosy śpiewające... „Hymn Konfederatów Barskich” z 1777 roku. Skąd oni znali tę melodię?

 

”Nigdy z królami nie będziem w aliansach

Nigdy przed wrogiem nie ugniemy szyi

Bo u Chrystusa my na ordonansach –

Słudzy Maryi.”

 

Niektórzy podpisywali „lojalkę” i wychodzili. Reszta odmówiła. Było to bardzo integrujące – i comme il faut. Tyle, że uziemiło najważniejszych działaczy. Jak bojowych chłopaków z KPN, którym Wódz kazał działać jawnie!...

 

To kolejny temat w dyskusji socjologów nad pytaniem jak zachowania zbiorowości dostosowują się do czegoś, co nazywamy „klimatem społecznym.” Przez wszystkie lata PRL wszyscy studenci przysięgali na wierność socjalizmowi; wszyscy służący w wojsku na wierność PZPR, a potem Układowi Warszawskiemu; wreszcie wszyscy wyjeżdżający na stypendia musieli – jak twierdził Jacek Kuroń – podpisać zobowiązanie, że będą zbierać wiadomości interesujące dla Organów. I wszyscy to akceptowali.

 

Nagle stało się to niewłaściwe. Głupota? Oczywiście. Ale jakoś musieliśmy odreagować... Potem się to skończyło: Janek Lityński dał słowo honoru, że wróci z przepustki – po czym prysnął. Jednak z jakich tajemnych powodów słowo dane przy Okrągłym Stole trzeba do dziś honorować...

 

Zostaję

 

Niektórzy wyjeżdżali. Mnie też to zaproponowano. Odmówiłem. Po pierwsze nie zamierzałem akceptować tego, że mój los zależy od kaprysu MSW: nie dają mi wyjechać, kiedy mam ochotę – ale zmuszają mnie właśnie wtedy, gdy w Białołęce poznałem świetnych, odważnych, dowcipnych ludzi. Niesamowity jest ten polski talent do wymyślania dowcipów w momentach stresu. Chyba jeszcze tylko Żydzi mają taką zdolność. Ale był też drugi powód. Trochę się spóźnili. W moim wieku perspektywa startu od zera nie była, by tak rzec, nieodparta.

 

Pierwszy miesiąc – trzeba przyznać, w dość łagodnych warunkach – wspominam jako jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Sprawiała to przede wszystkim obecność w naszej celi Adama Michnika i Marka Barańskiego. Ten pierwszy błyskawicznie zgromadził wokół siebie mały dwór, gdzie główną postacią był Piotr Mroczyk, późniejszy dyrektor Polskiej Sekcji Radia Wolna Europa i gdakał równie głośno, co zabawnie, całkiem jak indyk z wielkim czerwonym grzebieniem, puszący się na podwórku. Ten drugi był naukowcem z Uniwersytetu, z którym świetnie się rozumiałem i dużo rozmawialiśmy na wszystkie tematy.

 

A wtedy byliśmy „bohaterami”, a oprócz prestiżu mieliśmy paczki żywnościowe i ubraniowe z Zachodu, o zawartości której ci na „wolności” mogli tylko marzyć. Dobre samopoczucie Michnika brało się z prostego powodu. Jak nam wyznał, bardzo się cieszył, że go zwinęli bo inaczej musiałby podejmować jakieś decyzje polityczne – a w rzeczywistości nie miał pojęcia co robić. Tutaj mógł wygłaszać „bon moty”, grać w pokera, dyskutować o endecji, pouczać niesubordynowanych prawicowców i pisać górnolotne, pozbawione konkretów listy od Opinii Publicznej w stylu Gandhiego, na którego pozował.

 

Oczywiście ta „komedia” – dla mnie i dla Michnika, bo dla mężów i ojców małych dzieci był to prawdziwy dramat – nie mogła trwać wiecznie. Potem, po 1 maja kiedy mnie wypuszczono nastroje, jak mi mówiono, mocno siadły.

 

Jeśli pominąć okazyjne demonstracje i samopomoc związkową czyli zapomogi dla rodzin internowanych i aresztowanych, prawie cała konspiracja sprowadzała się do „kółek samokształceniowych” – tym razem w postaci podziemnego ruchu wydawniczego. Miał on wielkie osiągnięcia, paru kolporterów ciężko pobito, parunastu drukarzy i wydawców dostało duże wyroki – ale jak na 36-milionowy naród i 10-milionowy ruch to był po prostu przygnębiający dowód na siłę totalizmu. I kiedy słyszę dziś od kierownika działu zagranicznego „Dziennika”, że Reagan to „bandyta” – odpowiedziałbym mu, gdyby chciało mi się marnować czas i słowa, że to ów „bandyta” dał mu możność wygłaszania dziś tych bredni z wysoko opłacanego stołka. Bez Reagana i bez Papieża nigdy nie dostalibyśmy szansy wolności.

 

Nie lekceważę ponad stu zabitych przez SB ani co najmniej kilkudziesięciu osób, które zostały na trwałe okaleczone lub torturowanych. Ale trwało to siedem lat: w tym czasie w latach stalinizmu zabito, uwięziono lub wywieziono na Sybir, według. obliczeń Departamentu Stanu z 1952 roku, około 350 tysięcy akowców i wszystkich „wrogów”...

 

Praktycznym skutkiem była emigracja najlepiej wykształconych i najenergiczniejszych działaczy – jak również większości ambitnych młodych ludzi. A więc właśnie tych, których bały się władze. Skutki były widoczne w 1989 roku i będą trwać jeszcze długo.

 

Piotr Skórzyński

 

W latach 1981-1994 dziennikarz prasy niezależnej, internowany, nadawca podziemnego Radia „Solidarność”, członek Zarządu Fundacji Radia Solidarność, kierownik działu kultury „Tygodnika Solidarność”. Niezależny publicysta i krytyk literacki.

 

13.12.2006