Autoportret Jezusa

 

W małym kościółku w górach Abruzji doszło do najbardziej sensacyjnego odkrycia ostatnich stuleci.

 

Najcenniejsza relikwia w dziejach chrześcijaństwa odnaleziona. Chodzi o chustę pogrzebową Chrystusa, na której w sposób niewytłumaczalny dla naukowców odbiło się Jezusowe oblicze. Kardynał Joachim Meisner, gdy je ujrzał, powiedział: „Dziś spotkałem Wielkanocnego Pana”.

Najstarsze świadectwa pisane o tym cudownym obrazie pochodzą z VI wieku. Nazywany był różnie: „chustą Weroniki”, „Mandylionem z Edessy”, „całunem z Kamuliany”, „pierwszą ikoną”. Wywierał na patrzących tak piorunujące wrażenie, że nazywano go „acheiropoietos”, czyli „obrazem nie ręką ludzką uczynionym”. Każdy bowiem, kto go widział, był przekonany, że nie mógł namalować go człowiek. Nikt nie potrafił wyjaśnić jednak, w jaki sposób wizerunek ów powstał. Najstarsze źródło syryjskie podaje, że został „zaczerpnięty z wody”.

 

Krążyło wiele legend na temat jego powstania. Jedna mówiła o tym, że Chrystus wysłał królowi Edessy Abgarowi chustę z odbiciem swojej twarzy, dzięki czemu władca został uzdrowiony. Według innej legendy wyleczony miał zostać sam cesarz Tyberiusz. W średniowieczu powstało z kolei opowiadanie o św. Weronice, ocierającej chustą twarz Chrystusowi podczas drogi krzyżowej. W rzeczywistości „weronika” była wyrazem używanym na określenie cudownego płótna, gdyż rzymsko-grecka zbitka słowna „vera eikon” oznaczała po prostu „prawdziwy obraz”.

 

Oblicza boskiego kunsztu

 

O samym obrazie wiadomo na pewno, że w 544 roku został odnaleziony w schowku w murach Edessy, a w 574 roku trafił do Konstantynopola, gdzie cieszył się wielką czcią. Sam cesarz bizantyjski mógł tylko raz w roku przyklęknąć przed świętym wizerunkiem, przygotowany wcześniej do tego wydarzenia przez przystąpienie do spowiedzi i przyjęcie komunii. W 586 roku Theophylaktos Simokattes w podniosłych słowach opisywał owo dzieło „Boskiego kunsztu”, którego „nie uczyniły ręce tkacza ani farba malarza”. O obrazie wspominali też ojcowie soborowi podczas II Soboru Nicejskiego w 787 roku, podkreślając, że jest on prawdziwym dowodem na wcielenie Chrystusa. W VIII wieku obraz znikł nagle z pism bizantyjskich. Pojawił się natomiast w Bazylice św. Piotra w Rzymie, ale przez długi czas nie był publicznie wystawiany. Papieże obawiali się, że Bizantyjczycy mogliby zażądać jego zwrotu. Dopiero po wielkim ciosie, jakim było dla Bizancjum złupienie Konstantynopola w trakcie IV wyprawy krzyżowej w 1204 roku, papieże ośmielili się pokazywać obraz wiernym. Od tego czasu stał się on największym magnesem przyciągającym do Rzymu tłumy pielgrzymów z całego chrześcijańskiego świata.

 

Pątników było tak wielu, że nieraz dochodziło do tragedii, jak np. w 1450 roku, gdy w tłoku zginęły 172 osoby. Relikwia stanowiła źródło największych dochodów dla Wiecznego Miasta. Rozpowszechnione były kopie obrazu, a malarze je tworzący stanowili oddzielną i bardzo liczną gildię. Zachowało się mnóstwo świadectw opisujących wrażenia osób, które oglądały cudowny portret. Widział go papież Innocenty III, który na cześć wizerunku ułożył hymn. Widział Petrarka i uwiecznił go w jednym ze swoich sonetów. Widziała św. Brygida Szwedzka, która nie miała wątpliwości, że cudowny obraz przedstawia Chrystusa. Widział też Dante i w ostatnim kręgu Nieba w „Boskiej komedii” umieścił „Twarzy Człeczej Wizerunek”, wzorowany właśnie na obrazie z Chusty.

 

Jednak każdy, kto widział wizerunek, opisywał go w inny sposób. Gertruda z Helfty pisała o nim w XIII wieku, że miał ciepłe, miodowozłote barwy. W XIV stuleciu Juliana z Norwich opisywała ujrzane przez siebie oblicze jako „mroczne i przykre”. Marcin Luter natomiast w 1545 roku zobaczył tylko przezroczystą tkaninę, na której nie widać było żadnej twarzy, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że papiestwo oszukuje ciemny lud.

 

Relikwia ukryta

 

Papieże tymczasem postanowili wybudować dla relikwi drogocenniejszy przybytek. Zapadła decyzja o wyburzeniu starej, pochodzącej z VIII wieku Bazyliki św. Piotra i wzniesieniu na jej miejsce nowej. Watykański korespondent niemieckiego dziennika „Die Welt” Paul Badde uważa, że nowa świątynia od samego początku pomyślana była jako skarbiec dla Chusty. Kamień węgielny pod budowę położono w 1506 roku pod kolumną św. Weroniki, wewnątrz której wybudowano główny skarbiec bazyliki. Łacińska inskrypcja na owej kolumnie głosi: „Dla godnego zachowania majestatu obrazu Zbawiciela, odbitego na Chuście Weroniki, papież Urban VIII wybudował i ozdobił to miejsce w Roku Jubileuszowym 1625”.

 

Po wybudowaniu nowego kościoła rola relikwii nagle gwałtownie maleje. W 1628 roku papież Urban VIII wydaje pod groźbą ekskomuniki zakaz wykonywania jakichkolwiek kopii świętego obrazu, a wszystkie reprodukcje znajdujące się w Państwie Kościelnym każe spalić. Przestaje też pokazywać obraz wiernym. Według oficjalnych danych watykańskich Chusta Weroniki, uznawana za najcenniejszą relikwię chrześcijaństwa, jest do dziś przechowywana w Bazylice św. Piotra. Nie można jej jednak zobaczyć. Nie istnieje też żadna znana jej fotografia. Nie wspomina o niej ani jeden przewodnik po Rzymie. Wystawiana na widok publiczny jest tylko raz w roku – podczas nieszporów piątej niedzieli Wielkiego Postu – ale pokazywana jest przez chwilę, i to z bardzo daleka: z wysokiej loggi wspomnianego filaru św. Weroniki.

 

W związku z tym Paul Badde postanowił wyjaśnić, dlaczego od niemal 400 lat papiestwo ukrywa relikwię, która wcześniej przyciągała do Rzymu takie rzesze wiernych. Kardynał Francesco Marchisano, archiprezbiter Bazyliki św. Piotra, tłumaczył ową niechęć do pokazywania Chusty tym, że „z biegiem lat obraz bardzo wyblakł”. Według naocznych świadków przypominał raczej ciemną plamę. W 2005 roku zrobiono wyjątek dla Paula Badde i wpuszczono go do watykańskiego skarbca znajdującego się w kolumnie św. Weroniki, by na własne oczy zobaczył najcudowniejszy obraz świata. Niemiec przeżył rozczarowanie. Lniane płótno nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Zresztą z trudem mógł się na nim czegokolwiek dopatrzyć. Zwrócił jednak uwagę, że na zachowanych kopiach Chusty Weroniki z XVII wieku oczy Chrystusa pozostają zamknięte. Zdziwiło go to, ponieważ na wszystkich przedstawieniach Chusty, od VIII wieku poczynając, a na XVI wieku kończąc, Chrystus zawsze miał oczy otwarte. Między rokiem 1618 a 1635 dokonała się jednak gwałtowna zmiana. Zamiast oblicza żywego mężczyzny na kopiach pojawiła się twarz martwego człowieka z zamkniętymi oczami.

 

Zaginiony wzorzec

 

Podobne obserwacje poczyniła niemiecka malarka ikon i trapistka siostra Blandina Paschalis Schlömer. Zauważyła ona, że „aż do początku XVII wieku wszyscy najwięksi malarze Europy portretując Chrystusa, wzorowali się na tym samym modelu”. Cimabue, Masaccio, Bellini, Rafael, Tycjan, Bosch, El Greco, Rublow – wszyscy jakby malowali twarz tego samego człowieka. W 1510 roku Albrecht Dürer, wzorując się właśnie na tym obliczu, namalował swój własny autoportret. Na początku XVII wieku nastąpiło jednak gwałtowne odejście od rozpowszechnionego dotąd wzorca – tak jakby zniknął model, który artyści portretowali.

 

Badde zaczął podejrzewać, że na początku XVII wieku, kiedy trwały jeszcze prace nad budową nowej Bazyliki św. Piotra, ktoś ukradł Chustę, a na jej miejsce podłożył nieudaną atrapę. Niemieckiego publicystę utwierdziła w tym przekonaniu wizyta w watykańskim skarbcu, gdzie wśród wielu eksponatów znajduje się m.in. pusta rama po Chuście Weroniki z napisem: „do XVII wieku pomiędzy dwiema szybami z kryształu przechowywano sławną relikwię”. Zastanawiające były dla niego zwłaszcza dwa fakty: po pierwsze – obraz znajdował się między dwoma szybami, a więc mógł być oglądany z dwóch stron, po drugie – szkło było stłuczone i popękane na pięć części, a kawałka kryształu brakowało.

 

W toku swego dziennikarskiego śledztwa Paul Badde odkrył nie tylko kradzież relikwii. Udało mu się także odnaleźć zrabowany skarb. Rozmiar odnalezionego obrazu pasował do rozmiaru ramy. Razem z wizerunkiem znajdował się kawałek potłuczonego kryształu. Obraz zaś był przezroczysty i dało się go oglądać z dwóch stron.

 

Anioł rusza do Manoppello

 

Chusta odnalazła się w Manoppello, maleńkiej miejscowości górskiej we włoskiej Abruzji, która dopiero dwa lata temu uzyskała prawa miejskie. Zapisana w lokalnych kronikach legenda głosi, że obraz do Manoppello w 1506 roku przyniósł anioł. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że wizerunek znajdował się w miasteczku w XVI wieku. Pierwsza historyczna wzmianka o nim pochodzi dopiero z 1608 roku i wspomina, że obraz stał się przedmiotem sporu między rodem Leonellich a rodem Petruzzich. W 1638 roku jego kolejny właściciel Donantonio De Fabritiis podarował relikwię miejscowemu klasztorowi kapucynów. Od tej pory aż do roku 1923 przechowywana była w półmroku bocznej kaplicy kościółka, gdzie niemal nie docierało światło dzienne, a wierni mogli dostrzec jedynie grafitowo-szary odcień płótna. Dopiero w 1960 roku obraz przeniesiono nad główny ołtarz. Były jednak w dziejach kościoła takie trzy lata (1866–1869), kiedy antyklerykalne władze wypędziły kapucynów z Manoppello i obraz wisiał w opustoszałej, zamkniętej świątyni.

 

Chusta, podobnie jak średniowieczne malarstwo, przedstawia oblicze brodatego mężczyzny z lokami na skroniach, kosmykiem włosów na środku wysokiego czoła i rozdzieloną na dwoje, rzadką brodą. Od pierwszego spojrzenia widzi się w niej znaną z wielu ikon twarz Chrystusa.

Wrażenia osób, które osobiście oglądały Chustę z Manoppello, przypominają relacje średniowiecznych pielgrzymów. Kiedy niemiecki jezuita ks. Heinrich Pfeiffer wszedł go kościoła i ujrzał płótno lśniące jak śnieg w promieniach słońca, pomyślał tylko: „Wygląda jak hostia”. Od pierwszej chwili wiedział, że ma przed sobą najcenniejszą relikwię w dziejach chrześcijaństwa. Siostra Blandina Paschalis Schlömer, kiedy zobaczyła obraz pierwszy raz, już wiedziała, że ogląda coś, co wykracza poza obszar ludzkiego doświadczenia.

 

Piotr Wojcieszek, polski wydawca książki Paula Badde „Boskie Oblicze”, mówi „Ozonowi”, że kiedy kontemplował twarzą w twarz oblicze z Chusty, czuł się, jakby patrzył w oczy żyjącego człowieka, a nie w martwy obraz. Za każdym razem, gdy przychodził przed wizerunek, miał wrażenie, jakby patrzył na inną twarz. Choć Wojcieszek ma setki zdjęć Chusty, to podkreśla, że żadna z nich nie oddaje nawet w części tego, co widział na własne oczy.

 

Od fotografii do hologramu

 

Potwierdza to Paul Badde, który zauważa, że o ile Całun Turyński na fotografiach zyskuje, o tyle Chusta z Manoppello na nich traci. Jego zdaniem, dzieła malarskie starych mistrzów są bardziej wierne oryginałowi niż zdjęcia, które spłaszczają obraz. Ten ostatni mieni się bowiem niczym tęcza i łączy w sobie niemożliwe do pogodzenia cechy hologramu, fotografii, malowidła i rysunku. Badde zwraca uwagę, że 10 osób stojących przed Chustą z Manoppello zawsze widzi 10 różnych wizerunków – w zależności od kąta, pod jakim patrzą. Kiedy na Chustę pada światło, wizerunek mężczyzny znika, a tkanina robi się nagle przezroczysta. Dokładnie tak, jak opisywał to Luter w 1545 roku. Luter nie podszedł jednak bliżej, lecz oburzony wybiegł z bazyliki. Wystarczy jednak spojrzeć na ten sam obraz nie pod światło, ale na ciemniejszym tle, i od razu z jasności wyłoni się męskie oblicze.

 

Część środowiska syndonologów, czyli badaczy Całunu Turyńskiego, ze sceptycyzmem odnosi się do odkrycia z Manoppello. Są wśród nich tak wybitni specjaliści, jak zmarły już ks. Werner Bulst, Michael Hesemann, Ian Wilson czy Isabel Piczek. Łączy ich jeszcze jedno: nigdy nie byli osobiście w Manoppello i nigdy nie widzieli obrazu na własne oczy. Do wydania opinii wystarczyły im reprodukcje – to na ich podstawie stwierdzili nieautentyczność relikwii.

 

Żywy i umarły

 

Jedną z osób, które mają duży udział w odkryciu tajemnicy Chusty z Manoppello, jest wspomniana już niemiecka trapistka s. Blandina Paschalis. W 1979 roku przypadkowo natknęła się ona na zdjęcie obrazu z Manoppello. Nie dawały jej spokoju oczy Chrystusa z wizerunku oraz Jego niezwykłe podobieństwo do portretu skazańca z Całunu Turyńskiego. Pasja poszukiwawcza sprawiła, że zakonnica zajęła się badaniami naukowymi. Za pomocą niezwykle precyzyjnych, komputerowych pomiarów, stosując metodę suprapozycji, dowiodła, że twarz mężczyzny utrwalona na Chuście z Manoppello odpowiada dokładnie proporcjom i wymiarom portretu odbitego na Całunie Turyńskim.

 

Niedługo potem siostra Blandina przeżyła szok, kiedy jedna z jej sąsiadek przyniosła jej wydany w latach 60. ubiegłego wieku tom pism włoskiej mistyczki Marii Valtorty. W swoim dzienniczku wizjonerka spisywała objawienia, jakie otrzymywać miała od Chrystusa. Pod datą 22 lutego 1944 roku zanotowała: „Porównaj oblicze z Chusty z obliczem na Całunie grobowym. To pierwsze jest obliczem Żyjącego, drugie – Umarłego. Lecz długość, szerokość, właściwości fizyczne, kształt, wszystkie cechy są identyczne. Połóż jeden obraz na drugim i zobacz, jak sobie odpowiadają. To Ja jestem. Ja, który chciałem wam przypomnieć, kim byłem i czym się dla was z miłości stałem”. Po przeczytaniu tych zdań siostra Blandina długo nie mogła ochłonąć, gdyż zrobiła wcześniej dokładnie to, o czym przeczytała w objawieniu włoskiej mistyczki. Rezultaty też były identyczne – zgadzały się ze sobą nie tylko wszystkie szczegóły anatomiczne twarzy na obu płótnach, lecz nawet rozmieszczenie ran. Jedyna różnica polegała na tym, że na Całunie Turyńskim rany były otwarte i krwawiące, na Chuście z Manoppello zaś zasklepione i zabliźnione.

 

Wybitny niemiecki syndonolog ks. Heinrich Pfeiffer jest przekonany, że Jezus był w grobie owinięty w Całun Turyński, a na wierzchu na jego twarzy znajdowała się Chusta z Manoppello: „To by wyjaśniało, dlaczego na Całunie Turyńskim zachował się negatyw, zaś na Chuście – zgodnie z prawami fizyki – pozytyw odbicia Chrystusa”, uważa ks. Pfeiffer. Jest pewny, że oba wizerunki powstały w tym samym momencie. Równie frapujące są wyniki ekspertyz profesora Donato Vittore z uniwersytetu w Bari oraz profesora Giulio Fanti z uniwersytetu w Padwie, którzy poddali obraz z Manoppello gruntownym badaniom i odkryli, że nie ma na nim w ogóle śladu żadnych farb. Brak nawet śladowych ilości pigmentu. Wizerunek twarzy mężczyzny nie został więc na nim namalowany. Naukowcy odkryli natomiast lekko osmalone włókna w czarnych punktach źrenic, tak jakby wysoka temperatura przepaliła w tych miejscach nici.

 

Tkane złoto

 

Kolejną fascynującą zagadką jest rodzaj tkaniny, z której wykonana została Chusta z Manoppello. Otóż powstała ona z bisioru, czyli najbardziej drogocennej tkaniny starożytności, określanej niekiedy jako tkane złoto. Materiał ten, zwany też jedwabiem morskim, pozyskiwany jest z macicy perłowej, a na wytworzenie kilograma bisioru potrzeba wyłowienia aż tysiąca małż. To by tłumaczyło, dlaczego najstarsze źródło syryjskie nazywało obraz z Edessy „zaczerpniętym z wody”.

 

Unikalne są właściwości bisioru – jest cienki jak pajęczyna, posiada tęczową barwę i przejrzystość oraz charakterystyczny połysk upodabniający go do hologramu. To jedyny materiał, który przepuszcza jasne światło, a w zależności od oświetlenia zmienia zabarwienie. Jest ogniotrwały jak azbest. Nie rozpuszcza się w wodzie. Jest odporny na działanie alkoholu, eteru, rozcieńczonych kwasów i ługów. Bisior występuje też w Biblii. W Starym Testamencie z materiału tego wykonany jest „efod”, czyli wierzchnia szata arcykapłana. Z kolei w Apokalipsie św. Jana z bisioru utkana jest szata Oblubienicy Baranka, czyli suknia ślubna Kościoła. Zdaniem ks. Pfeiffera, chustę z tak drogiego materiału, ze wszystkich osób towarzyszących ostatniej drodze Jezusa, mogła zostawić w Jego grobie tylko Magda z Magdali. Bisior jest dziś absolutnym unikatem, bo kosztuje krocie. Istnieje tylko jedno miejsce na kuli ziemskiej, gdzie nadal jest produkowany – mała wysepka Sant’ Antioco położona niedaleko Sardynii. Stamtąd pochodzi Chiara Vigo, najwybitniejsza na świecie specjalistka od jedwabiu morskiego. Ujawnia ona jeszcze jedną właściwość materiału: „Na bisiorze nie da się malować. To po prostu niemożliwe”. Nowożytna nauka potwierdza więc starożytną diagnozę, że obrazu tego nie uczyniła ludzka ręka – jest on „acheiropoietos”.

 

Z Jerozolimy do Edessy

 

Część syndonologów nie zgadza się z tym i utrzymuje, że obrazem z Edessy jest Całun Turyński. Ks. Pfeiffer odpowiada, że jest to niemożliwe, gdyż z Całunu nie da się wywieźć ani owalnego zarysu twarzy Jezusa, ani kosmyka włosów na środku czoła – a te właśnie szczegóły były rozpowszechnione na wyobrażeniach Chrystusowego oblicza. Są one natomiast obecne na Chuście z Manoppello. Inny argument na rzecz tej tezy to fakt, że w najstarszych dokumentach na temat obrazu z Edessy pojawia się greckie określenie „tetradiplon”, co znaczy „czterokrotnie złożony”. Chusta z Manoppello nosi zaś wyraźne ślady złożenia w taki właśnie sposób. Ks. Pfeiffer postarał się też o rekonstrukcję losów pogrzebowej chusty Chrystusa. Pomocny okazał się w tym materiał źródłowy z VI wieku odnaleziony 30 lat temu w Tbilisi. Dokument ten wspomina o obrazie Zbawiciela: „Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Niepokalana Dziewica przechowała obraz, który powstał na – lub nad – grobowym całunem. Otrzymała go z rąk samego Boga i przechowywała u siebie, by móc zawsze patrzeć na przepiękne oblicze swego Syna. Ilekroć pragnęła oddać chwałę swemu Synowi, rozciągała płótno obrazu i modliła się, zwrócona ku wschodowi, z oczyma wzniesionymi ku Synowi i uniesionymi ramionami. Nim ostatecznie zdjęto z Niej brzemię tego żywota, apostołowie zanieśli Maryję na marach do jaskini. Tam położyli umierającą Matkę Bożą przed obliczem Jej Syna”.

 

Pfeiffer uważa, że obrazem tym była Chusta z Manoppello, a nie Całun Turyński, trudno bowiem wyobrazić sobie Maryję rozkładającą do modlitwy czterometrowe płótno. Do twarzy z Manoppello bardziej pasuje też określenie „piękne oblicze Jej Syna”. Niemiecki ksiądz za jak najbardziej naturalne uważa, że relikwia trafiła do rąk Maryi – osoby najbliższej Jezusowi, czyli Jego rodzonej Matki. Za równie naturalne można uznać, że po śmierci Maryi chustę przejął św. Juda Tadeusz, nie tylko apostoł, ale również bratanek św. Józefa, męża Maryi, a więc krewny Jezusa. Wyruszył on z misją ewangelizacyjną na tereny historycznej Armenii, właśnie do owej Edessy, gdzie królem był wspomniany już Abgar. Pochodzące z VI wieku „Dzieje Judy Tadeusza” wspominają, że obraz był przechowywany w Edessie, ale po zdobyciu miasta przez rzymskiego cesarza Karakallę został ukryty przez lokalnego biskupa w skrytce umieszczonej w miejskich murach. W 544 roku tkaninę wydobyto, a ciąg dalszy już znamy.

 

2006 – Rok Manoppello

 

Dziś, po nagłośnieniu całej sprawy zwłaszcza przez Niemców – Paula Badde, Heinricha Pfeiffera i Blandinę Paschalis – zapomnianą relikwią zaczęły interesować się władze Kościoła. Arcybiskup Bruno Forte proklamował rok 2006 Rokiem Wielkiego Jubileuszu Świątyni w Manoppello. Wielki penitencjarz Kurii Rzymskiej, kardynał James Francis Stafford, ogłosił odpust zupełny grzechów wszystkim, którzy w tym roku odbędą pielgrzymkę do Manoppello. Przed oblicze z Chusty zaczynają przybywać wierni z całego świata. Przed obrazem modlili się już kardynałowie: Angelo Sodano, Dionigi Tettamanzi, Carlo Maria Martini. Kardynał Joachim Meisner z Kolonii, który przybył do Rzymu na pogrzeb Jana Pawła II, udał się 4 kwietnia 2005 roku do Manoppello. Potem oznajmił dziennikarzom: „Dziś spotkałem Wielkanocnego Pana”.

 

Adam Stein

01.06.2006